money-256282_1280

Nabici w… polisolokaty

To nie był polski wynalazek. Polisolokaty do Polski przywędrowały przede wszystkim z Anglii i Niemiec. Trafiły jednak na bardzo podatny grunt u naszych rodaków.

W czasie, kiedy polisolokaty pojawiły się w świecie finansów w Polsce, opłacalne przestały być konta z jednodniową kapitalizacją odsetek. Wiele osób, wycofując środki z tego typu kont, poszukiwało możliwości, by równie korzystnie zainwestować swoje finanse. Z pomocą, jak się wówczas wydawało, pospieszyły banki, nawiązujące sojusz z ubezpieczycielami i proponujące użytkownikom właśnie polisolokaty.

Zasada działania, przynajmniej na papierze, prezentowała się korzystnie. Z punktu widzenia polisolokaty łączyły w sobie cechy dwóch produktów finansowych: lokaty bankowej oraz umowy ubezpieczeniowej. Stronami umowy, prócz klienta i banku, było towarzystwo ubezpieczeniowe. Atutem polisolokaty miał być wysoki zysk oraz brak konieczności odprowadzenia podatku od tego zysku. Tymczasem zarabiali na nich wszyscy, tylko nie klienci.

Bankowcy, chcąc wypracować narzucone im odgórnie plany sprzedażowe na polisolokaty, proponowali je wszystkim osobom, na których konto wpłynęła większa suma lub takim, które wcześniej posiadały konto z jednodniową kapitalizacją i nie wycofały jeszcze środków. Najczęściej mijali się również z prawdą, zapewniając, że pieniądze można wypłacić w dowolnym momencie, nie tracąc ani złotówki. Tymczasem tak nie było.

Jak po fakcie wskazali eksperci, polisolokaty sprawiały problem już na etapie samego nazewnictwa. Polisolokata bowiem niewiele miała wspólnego z lokatą jako taką. To raczej forma ubezpieczenia na życie połączonego z ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym, a istotę problemu stanowił fakt, że polisolokaty od samego początku powinny być traktowane jako forma inwestycji, nie zaś oszczędności. Inwestycje od klasycznego oszczędzania różnią się właśnie stopniem ryzyka. Doradcy bankowi, którzy za sprzedaż otrzymywali z reguły bardzo wysoką prowizję, nie informowali swoich klientów o ryzyku inwestycyjnym, jak również o wymaganym okresie inwestowania, który trwał około 15, czasem nawet 20 lat i niemożliwym było jego skrócenie.

Oczywiście, informacje te zapisywano w szczegółowych umowach z ubezpieczycielem, z zasady jednak konstruowane one były tak, że zrozumienie ich bez pomocy prawnika graniczyło z cudem. Kto nie zadał sobie trudu konsultacji, zwykle wpadał w pułapkę, gdyż umowy zawierały mnóstwo klauzul, mających wpływ na portfel klienta i pozbawiające go środków w razie przedwczesnej wypłaty wkładu w polisolokatę.

Otrzeźwienie przychodziło zwykle po kilku latach, gdy klienci dowiadywali się, że ich kapitał stopniał. Wówczas próbowali wycofać się z inwestycji w polisolokaty i uzyskiwali informację, że nie jest to możliwe. Firma w takich okolicznościach na klienta nakładała karę, która sprawiała, że ludzie tracili całość wpłaconych środków. Jeśli dana osoba decydowała się na dotrwanie do końca umowy, potrącano opłaty za zarządzanie środkami klienta, co w perspektywie zapewniało zyski finansowe instytucji i znów było działaniem na niekorzyść klienta.

W Anglii i Niemczech wojna przeciwko polisolokatom była nad wyraz skuteczna, głównie dzięki wysokim karom nakładanym na nieuczciwe instytucje. W Polsce od dłuższego czasu oszukani próbują odzyskać swoje pieniądze. Polacy mają możliwość złożenia pozwu indywidualnego oraz pozwu zbiorowego. W spór zaangażowała się także Komisja Nadzoru Finansowego oraz UOKiK.

You might also like

Dodaj komentarz