Skok na kasę, czyli SKOK Wołomin

Sprawa SKOK Wołomin to jedna z największych afer finansowych w ostatnich latach. To także miliard złotych straty, kilkudziesięciu podejrzanych oraz kilka prokuratur zaangażowanych w różne wątki tematu.

SKOK Wołomin przez długi czas zachowywał pozory normalności. Zgłaszali się do niego biznesmeni, którzy chcieli uzyskać finansowanie swoich przedsięwzięć. Problem zaczynał się wówczas, kiedy nie mogli środków finansowych uzyskać, ponieważ historia kredytowa na to nie pozwalała. Jeśli znali osoby z zarządu lub rady nadzorczej SKOK Wołomin, taką pożyczkę jednak brali i spłacali ją w normalnym trybie. Na tej podstawie rozeszła się wieść, że SKOK Wołomin jest wyjątkowo przyjazny, udziela finansowania projektów, często angażując kierownictwo SKOK Wołomin w jego udziały.

źniej proceder poszedł dalej. Do przedsięwzięcia angażowano osoby z ulicy, które stawały się tzw. słupami w uzyskiwaniu kredytów. Za przejęcie pożyczki lub kredytu na siebie można było zarobić nawet do 60 tysięcy złotych. Później stawka spadała. Sprawa pewnie mogłaby skończyć się inaczej, gdyby nie to, że SKOK Wołomin nie tylko o sprawie wiedział, ale i sam pomagał przeprowadzić ją odpowiednio. Z siedziby banku w reklamówkach wynoszono miliony złotych. Unikano przelewów, dzięki czemu, mimo śledztwa, wiele rzeczy trudno jest udowodnić.

W dalszym toku śledztwa sugerowano, że w aferę SKOK Wołomin zaangażowani byli ludzie, znajdujący się dzisiaj u władzy, że Komisja Nadzoru Finansowego również musiała mieć wiedzę na temat tego, co w placówce się działo. Mimo kontroli, SKOK Wołomin funkcjonował bardzo długo.

Piramida Emmgoldex

Przykłady różnego rodzaju afer na rynku finansowym w Polsce pokazują, że nasi rodacy są bardzo naiwni, szczególnie, jeśli obieca im się wysoki zysk i zerowe ryzyko, co – jak wiadomo – nie ma prawa iść w parze. Nie inaczej było w przypadku afery Emmgoldex.

Przedstawicieli tej firmy można odnaleźć wszędzie, choć spółka oficjalnego przedstawicielstwa w Polsce nie ma. Emmgoldex zarejestrowana jest w Dubaju, co sprawia, że, mimo zainteresowania KNF-u oraz UOKiK-u, niewiele można w tej sprawie zrobić. Ponadto próżno szukać numeru telefonu oraz adresu rejestracyjnego, choćby tego w Dubaju. Nieznane jest nazwisko prezesa, a adres korespondencyjny to skrytka pocztowa w Amsterdamie.

Emmgoldex bombarduje swoją ofertą zewsząd: w internecie, przez znajomych, w sklepach. Twierdzą, że wystarczy wpłacić 540 euro oraz doprowadzić do Emmgoldex dwóch klientów, aby móc otrzymać sztabkę złota o wartości 7 000 euro. Jeśli przedstawiciel firmy przekonuje nas z pełnym zaangażowaniem, prawdopodobnie nie kłamie i wierzy w przedstawianą przez siebie historię, bo sam już środki wpłacił. Brakuje jeszcze dwóch klientów.

Emmgoldex to klasyczna piramida finansowa. Jedyny zysk, jaki można tutaj otrzymać, pochodzi z wpłat kolejnych naiwnych. W oficjalnych agitacjach pomija się jednak fakt, że aby jedna osoba mogła zyskać, kilkadziesiąt innych musi stracić. Wątpliwości powinno już wzbudzić wytłumaczenie dalszych zasad przez przedstawicieli firmy. Okazuje się bowiem, że wpłata konkretnej sumy i przyprowadzenie dwóch klientów nie gwarantuje uzyskania sztabki. Emmgoldex taką sztabkę przekaże dopiero wówczas, gdy każdy z dwóch przyprowadzonych klientów przyprowadzi kolejnych dwóch, a tamci kolejnych… W efekcie zarabia tylko ta osoba, która znalazła się na samym szczycie piramidy.

Ponieważ wiedza dotycząca piramid finansowych w narodzie funkcjonuje, przedstawiciele Emmgoldex przekonują, że stracić mogą tylko ci, którzy zakwalifikowali się do programu w trzech ostatnich turach. Wszystkim zainteresowanym wyjaśniają oczywiście, że ich to nie dotyczy. Twierdzą także, że nie mają nic wspólnego z piramidą finansową, na dowód pokazując schemat… piramidy odwróconej.

KNF i UOKiK prowadzą postępowanie wyjaśniające w tej sprawie. Problem polega na tym, że choć w Polsce organizacja i kierowanie piramidą jest zagrożone karą do 8 lat pozbawienia wolności, wszyscy agitujący na rzecz Emmgoldex twierdzą, że nie są autorami przedsięwzięcia, a jedynie jego uczestnikami. Gdyby rzecz dotyczyła pieniędzy, kara nie ominęłaby także ich, jednak przepisy nie dotyczą sztabek złota.

Finroyal, czyli sto milionów

Wartość afery Finroyal to ponad 100 milionów złotych, tyle bowiem wynoszą straty, jakie poniosło prawie 2000 osób. Głównym oskarżonym w sprawie jest dyrektor spółki Finroyal, który odpowiadać będzie za nakłonienie klientów do niekorzystnego rozporządzenia swoim mieniem za pośrednictwem biur operacyjnych spółki z siedzibami w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu i Poznaniu.

Finroyal swoich klientów nabijał w butelkę w latach 2007-2012. Spółka prowadziła działalność parabankową i funkcjonowała według zasad klasycznej piramidy finansowej. Dopiero po analizie działań okazało się, że kapitał zakładowy Finroyal nigdy nie został opłacony, zaś przez cały okres swojego działania spółka nie była wypłacalna, a jej działalność nie miała nic wspólnego z rentownością.

Klient masowy Finroyal mógł kojarzyć przede wszystkim ze znajdujących się we wszystkich większych miastach Polski billboardów z wizerunkiem pilota przypominającego słynnego już kapitana Wronę. Finroyal kusił wysokimi odsetkami z inwestycji, często wypłacanymi z góry, co stanowiło pewne novum, a także obiecywał możliwość omijania podatku Belki. Powierzone przez klientów środki inwestowano zagranicą, przede wszystkim w Niemczech, oraz na rynku walutowym Forex. Pozostałe pieniądze trafiały na konta dyrektora przedsięwzięcia w Wielkiej Brytanii.

O co chodzi z Amber Gold?

Aferę Amber Gold niełatwo opisać krótko i zrozumiale. Mimo że prezes spółki został już osądzony, oszukane osoby od dłuższego czasu próbują odzyskać utracone pieniądze, nie brakuje osób, które nadal dopatrują się konieczności wyjaśnienia sprawy. Wraz ze zmianą rządu w Polsce do życia powołana została komisja śledcza, która próbuje wyłapać w całej aferze powiązania osób odpowiedzialnych za projekt Amber Gold z najważniejszymi osobami w Polsce.

Firma Amber Gold powstała w 2009 roku jako przedsiębiorstwo inwestujące w złoto oraz inne kruszce. Klientów kusiła oprocentowaniem inwestycji znacznie wyższym niż proponowane przez banki w ramach standardowych produktów finansowych. Działalność spółki od samego początku budziła spore wątpliwości, Komisja Nadzoru Finansowego wpisała ją nawet na listę firm, przed którymi ostrzegała, nie pozbawiło to jednak Amber Gold klientów. Niepokój w mediach i wśród przeciętnych Kowalskich wzbudziła dopiero informacja o kłopotach tanich linii lotniczych OLT Express, których głównym udziałowcem było Amber Gold.

Dopiero w maju 2012 roku do ABW dotarło zawiadomienie złożone przez Bank Gospodarki Żywnościowej o tym, że w Amber Gold może odbywać się pranie brudnych pieniędzy. Współpraca ABW z prokuraturą doprowadziła do wszczęcia postępowania przeciwko prezesowi oraz pomysłodawcy całego przedsięwzięcia. W sierpniu prezes poinformował, że jego spółka nie ma możliwości wypłacenia pieniędzy z depozytów, jednocześnie próbując ratować wizerunek firmy zapowiedziami, że złożył wniosek w sprawie złamania prawa przez pracowników KNF-u i ABW.

Próby ratowania reputacji przez prezesa spółki Amber Gold, Marcina Plichtę spełzły na niczym, a ostatecznie Prokuratura Okręgowa w Gdańsku przedstawiła mu sześć zarzutów, z których Plichta zaakceptował zaledwie jeden, dotyczący niezłożenia sprawozdania finansowego w terminie.

Sprawa będzie wyjaśniana jeszcze długo, wątpliwości natomiast nie ulega, że rzesza ludzi zainwestowała w wątpliwy interes oszczędności całego swojego życia. Okazuje się także, że majątek odzyskany z majątku spółki może nie wystarczyć do tego, aby pokryć wszystkie roszczenia. Nie wydaje się również, aby komisja sejmowa dotycząca afery Amber Gold mogła w pełni ujawnić wszelkie uwarunkowania procederu.

Upadek legendy. Orbis Travel

Normalnym jest, że biura podróży upadają. Jednak, gdy upadło biuro Orbis Travel, wszyscy poczuli się zaskoczeni. W końcu to marka-synonim całej branży turystycznej – tak przynajmniej mogło wydawać się osobom mniej zorientowanym. Ci, którzy sięgnęli głębiej, mogli zorientować się, że spółka potentatem branży turystycznej przestała być już dawno.

Niewiele osób zresztą wiedziało, że Orbis Travel niewiele ma wspólnego z marką Orbis, odpowiedzialną za funkcjonowanie sieci hoteli, jedną z najstarszych polskich marek na rynku. O tym, aby dwóch przedsiębiorstw nie utożsamiać, wiedzieli przede wszystkim ludzie zaangażowani w branżę.

Mimo to historia Orbis Travel i tak jest zacna i godna uwagi. Jej początki datuje się na 1920 rok, kiedy to w głowie kilku biznesmenów zrodził się pomysł, aby takie biuro powstało. Kilkanaście lat później Orbis został znacjonalizowany, co było możliwe dzięki transakcji zakupu biura przez jeden z polskich banków. W takim stanie przedsiębiorstwo funkcjonowało lat kilkadziesiąt, jeśli wliczymy to krótką przerwę związaną z wybuchem wojny.

Zarządzanie państwowe sprawiło, że spółka kompletnie zmieniła swoje oblicze i – kiedy doszło do kolejnej prywatyzacji w 1997 roku – trudno było naprawić pewne rzeczy. Z przekształconego w spółkę akcyjną Orbisu wydzielone zostały dwie spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, z których jedną stał się właśnie Orbis Travel. Sama spółka Orbis SA została przejęta przez grupę hotelarską Accor o francuskim rodowodzie, ta zaś poczuła się w grupie hotelarskiej jak w domu i dość swobodnie zmieniała nazwy hoteli orbisowskich, czyniąc z nich element swojej własnej sieci.

Transfer francuski okazał się dla Orbis Travel betonowym kołem ratunkowym. Nowi właściciele nie potrafili zadbać o optymalizację zatrudnienia, poskąpili wkładu finansowego na informatyzację firmy, w efekcie czego Orbis Travel nie mogło sprostać narastającej konkurencji w postaci powstających jak grzyby po deszczu nowych biur. Mimo posiadania najbardziej rozpoznawalnej wówczas marki na rynku usług turystycznych, Francuzi doprowadzili do spadku udziału w rynku do zaledwie 3%.

Od tego czasu każdy kolejny rok Orbis Travel kończył pod kreską. Długi z roku na rok powiększały się, w związku z tym władze firmy zastosowały bardzo ryzykowną i – jak się okazało – najgorszą z możliwych taktykę. W 2009 roku nie przygotowały żadnej oferty dla klientów. Branża turystyczna jest o tyle szczególna, że od jednej trzeciej do nawet połowy rocznych obrotów firmy wypracować można dzięki przedsprzedaży.

Ostatecznie Orbis Travel został sprzedany. Na początku 2010 roku sfinalizowana została transakcja z firmą Enterprise Investors, która zajmowała się wykupywaniem spółek w kiepskiej kondycji, aby móc je przebudować, połączyć z innymi spółkami lub w jakikolwiek inny sposób naprawić, a później sprzedać z dużym zyskiem. Eksperci przedsiębiorstwa przez dłuższy czas badali kondycję i działania Orbisu, a następnie zgodziła się spółkę przejąć, płacąc za nią całe 2 złote.

Niska cena zakupu nie powinna ostatecznie dziwić, ponieważ Orbis Travel miał długi – do dziś nie wiadomo nawet, w jakiej wysokości, gdyż księgowość prowadzono poniżej krytyki. Dopiero po przejęciu sprawdzono dane na temat długów i należności, a uzyskane w ten sposób dane nie pozwalały przyjąć optymistycznej postawy. Enterprise Investors przeprowadziło szeroko zakrojone działania naprawcze, wymieniając menadżerów, ograniczając zarówno ofertę wycieczkową, jak i miejsca wylotu. Kolejne miesiące Enterprise Investors zakończyło niewielkim zyskiem, wydawało się zatem, że najgorsze momenty Orbis Travel ma już za sobą. Wówczas jednak okazało się, że inwestorzy zamierzają wycofać się z biura podróży.

Jak ujawniono po fakcie, bieżące wyniki były lepsze, jednak nie spełniały założeń, jakie nowy inwestor postawił sobie w biznesplanie. Zwrócił się zatem do spółki Orbis SA z prośbą o zastrzyk gotówki w postaci kilku milionów, który mógłby wyrównać straty spółki, wynikające z księgowego bałaganu, do jakiego doprowadzili Francuzi. Firmy nie porozumiały się, choć z obu stron deklarowana była wola współpracy.

Air Transport Association, czyli międzynarodowa organizacja lotnicza, poprosiła Orbis Travel o dostarczenie gwarancji na 10 milionów złotych, niezbędnych do rezerwacji biletów lotniczych oraz prowadzenia usług turystycznych. Prośba ta pokryła się w czasie z koniecznością wykupu niezbędnego do dalszej działalności ubezpieczenia. Enterprise Investors dokonało szybkiej kalkulacji i okazało się, że wkład, który należy ponieść, jest zbyt duży w stosunku do możliwych do osiągnięcia profitów. To właśnie była bezpośrednia przyczyna zgłoszenia wniosku upadłościowego.

Do ostatniej chwili walczono o nowego inwestora. Gdyby znaleziono firmę z branży, posiadającą już stosowne gwarancje i ubezpieczenia, Orbis Travel mógłby zostać uratowany stosunkowo małym nakładem finansowym. Jak przekonywały później osoby zaangażowane w firmę, zabrakło im około dwóch tygodni, by sfinalizować rozmowy z inwestorem.

Orbis SA był rozczarowany, że zarząd nie poczekał nieco dłużej ze swoją decyzją, tym bardziej, że Orbis Travel miał obsługiwać Konkurs Chopinowski, co niewątpliwie zapewniłoby mu drobny, ale jednak, zysk. Być może kiepski koniec wynikał tylko z faktu nieporozumień pomiędzy zarządem a właścicielem spółki. Nie zmienia to jednak faktu, że jedna z kultowych polskich marek zwyczajnie przestała istnieć.

A jednak biznes się nie kręcił… Upadłość Kopernik Travel

Bardzo często biura podróży, pomimo gigantycznych problemów finansowych, ciągnących ich na skraj upadku, do ostatniej chwili próbują zapewnić swoim klientom względny komfort i starają się jak najmniejszym kosztem, wybrnąć z trudnej sytuacji. To swego rodzaju ideał, nie stało się tak jednak w przypadku warszawskiego biura podróży Kopernik Travel.

Biuro nie uprzedziło klientów wcześniej, że cokolwiek niepożądanego może się wydarzyć. Sprawdzili oni wszystko samodzielnie. Część turystów, którzy za pośrednictwem Kopernik Travel mieli wylecieć na wakacje, nie mogli skontaktować się telefonicznie ze swoim operatorem, aby uzyskać jakiekolwiek informacje na ten temat. Inna grupa utknęła za granicą, czekając na pomoc wojewody mazowieckiego. Spółka, nie uprzedzając nikogo, ogłosiła swoją upadłość w Urzędzie Marszałkowskim, a samolot, który Kopernik Travel opłacił, by przetransportować turystów z Katowic do Hurghady, wyleciał bez nich. Jak wyjaśniano później, turyści nie zostali wpuszczeni na pokład, ponieważ na lotnisku nie pojawił się pracownik Kopernik Travel.

Jak można się domyślać, o fakcie tym nie zostali uprzedzeni czekający na lotnisku ludzie. Mimo prób, nie można było skontaktować się ani z przedstawicielami biura, ani z jego infolinią. Dopiero późnym popołudniem tego samego dnia na stronie internetowej Kopernik Travel pojawiła się informacja, że biuro stało się niewypłacalne, a jego trudności finansowe spowodowane zostały przez różnice kursowe walut oraz niską sprzedaż, a co za tym idzie, niskie wpływy do kasy przedsiębiorstwa. Spółka poinformowała o złożeniu wniosku o upadłość i odwołaniu wszystkich zaplanowanych do tej pory wyjazdów. Klientów, upominających się o zwrot wpłaconych pieniędzy, skierowano do urzędu marszałkowskiego.

Urząd marszałkowski istotnie wysłał po turystów, którzy utknęli w Egipcie, samolot, przeprowadził także rozmowy z ubezpieczycielem, który opłaci przelot i zatroszczy się o zwrot poniesionych kosztów osobom, które z kraju jeszcze nie zdążyły wylecieć. Problemy finansowe Kopernik Travel były wyraźne jak na dłoni, więc urząd marszałkowski nie czekał na formalne orzeczenie upadłości.

Z pomocą turystom pozostawionym przez Kopernik Travel samym sobie wyruszyło również polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. O sytuacji poinformowane zostały polskie placówki dyplomatyczne w Kairze oraz Tunisie, postawiono przed nimi zadanie monitorowania sytuacji i opieki nad polskimi obywatelami.

Sprawa dotyczyła wówczas około 700 osób, które już zdążyły wyjechać, oraz około 3 tysięcy osób, które wycieczki w Kopernik Travel wykupiło.

Śladami Grecji, czyli upadłość El Greco

W przypadku biur podróży branża jest szczególnie niepewna: niepewna dla samych inwestorów oraz klientów biur. Nabici w butelkę poczuli się na przykład pasażerowie biura podróży El Greco, którzy przez operatora swojej wycieczki poczuli się wyjątkowo oszukani. Do samego końca nie zdawali sobie sprawy, że El Greco ma tak poważne problemy.

O kłopotach biura głośno zaczęły być w dniu, w którym samolot egipskich linii Flash Air, przewożący niemal 150 pasażerów, rozbił się nad Morzem Czerwonym. Tymi właśnie liniami do Polski mieli powrócić turyści, których El Greco wysłało na wczasy do Egiptu. Sprawa dotyczyła około 80 osób. W obliczu tragedii El Greco zaczęło organizować samolot zastępczy, aby turyści mogli bezpiecznie powrócić do kraju. Na ten nieoczekiwany transport zgodziły się Polskie Linie Lotnicze LOT.

Samolot LOT-u został podstawiony na lotnisku w Okęciu, ze względów ekonomicznych miał bowiem nie lecieć pusty, lecz z grupą kolejnych turystów El Greco. Transport jednak odwołano, okazało się bowiem, że biuro podróży nie ma środków, aby za niego zapłacić. Prezes zarządu spółki będącej właścicielem El Greco, Tarek Hammudeh zobowiązał się do zwrotu pieniędzy turystom, którzy do Egiptu w ogóle nie wylecieli, jednak nie tylko nie dotrzymał swoego przyrzeczenia, ale również kolejnego dnia zaskoczył wszystkich ogłoszeniem upadłości.

Dodatkowo, w tle upadłości El Greco, w najlepsze trwał spór z liniami lotniczymi LOT, które – zdaniem Hammudeha – transportu odmówiły bez powodu, gdyż to Flash Air opłacił rejs zastępczy. Wskutek zachowania narodowego przewoźnika zaś koszty związane z opłaceniem przedłużonego pobytu grupy, która utknęła w Egipcie, koniecznością odwołania kolejnych turnusów i wyczarterowaniem samolotu sprawiły, że El Greco nie było w stanie ich pokryć. LOT bronił się, tłumacząc, że omawianej należności nie otrzymał, ponadto El Greco tak czy inaczej jest dłużne lotowi ponad milion złotych. Dla LOT-u informacja o kłopotach, które doprowadziły do upadłości firmy nie była żadnych zaskoczeniem, gdyż o trudnościach finansowych biura mówiło się już od jakiegoś czasu.

Biuro El Greco z trudnej sytuacji nie wybrnęło, w związku z czym pomocy uwięzionym w Egipcie turystom udzielił wojewoda. Ostatecznie to on wyczarterował samolot, który przetransportował turystów z powrotem do Polski, zaś koszty rejsu oraz zwroty wpłaconych przez wycieczkowiczów pieniędzy realizował Gerling – ubezpieczyciel biura El Greco.

Twarde lądowanie Air Polonia

Pierwsze polskie linie lotnicze, Air Polonia zaliczyły dobry start i bardzo szybkie, twarde, niestety, lądowanie. Swoją działalność Air Polonia rozpoczęło w 2001 roku, a od 2003 roku oferowała na szeroką skalę tanie loty oraz czarterowe przeloty dla największych biur podróży. Niestety, już w 2004 roku prezes spółki Air Polonia, Jan Litwiński ogłosił, że firma – ze względu na wycofanie się strategicznego inwestora – wstrzymuje wszystkie realizowane przez siebie loty.

Mimo że wniosek o ogłoszenie upadłości Air Polonia był już w sądzie, do ostatniej chwili trwały negocjacje i rozmowy z potencjalnymi inwestorami. Prowadzili je właściciele spółki, wierząc, że wniosek w każdym momencie z sądu można wycofać. Nazwa tajemniczego inwestora nigdy nie ujrzała światła dziennego: ówczesne władze i udziałowcy Air Polonia informowali tylko, iż jest to grupa kapitałowa notowana na polskiej giełdzie oraz dwa przedsiębiorstwa zagraniczne.

Air Polonia problemy miała poważne. Zmuszona została zawiesić loty, gdyż nie miała pieniędzy na opłacenie rat leasingowych, z których korzystała do wykonywania przelotów. W momencie, gdy linia lotnicza ma problemy, powodujące zagrożenie niewywiązania się ze zobowiązań względem pasażerów, Urząd Lotnictwa Cywilnego może wycofać przydzieloną wcześniej koncesję na wykonywanie przewozów lotniczych, co też w przypadku Air Polonia Urząd uczynił. Linia nie miała żadnego majątku.

Ponadto w 2009 roku aresztowano dwóch członków zarządu Air Polonia, którzy podejrzani byli o wyprowadzenie ze spółki około 3 milionów złotych. Osoby te przyjmowały fikcyjne faktury VAT, a później przelewali środki finansowe na konta firm, które sami stworzyli. Pieniądze przepływały pomiędzy spółkami, by ostatecznie trafić na konto oskarżonych. Pojawiły się także sugestie, że upadek linii lotniczych był dokładnie zaplanowany.

Jak upadło Alfa Star?

Bankructwa biur podróży nie są niczym nietypowym ani niecodziennym, zwłaszcza w obecnej rzeczywistości. Upadek biura podróży Alfa Star przebiegał z jednej strony dość typowo dla branży, z drugiej zaś ruchy głównych udziałowców na chwilę przed upadkiem było mocno tajemnicze. Klapę przedsięwzięcia można było zatem przewidzieć sporo wcześniej.

Wiele pozwala przypuszczać, że prezes spółki, Sylwester Strzylak dużo wcześniej wiedział, że Alfa Star upadnie i z jednej strony zabezpieczył się na tę okoliczność, z drugiej zaś – do końca walczył o zachowanie pozorów. Dowodem niech będzie fakt, że były sędzia siatkarski na kilka miesięcy przed ogłoszeniem upadłości powołał do życia linie lotnicze 4You Airlines i, nie mając pozwolenia na wykonywanie przelotów, postanowił zostać sponsorem tytularnym siatkarskiego klubu, AZS-u Politechniki Warszawskiej. Zorganizowano kuriozalną, z punktu widzenia dzisiejszej wiedzy, konferencję prasową ogłaszającą współpracę, by kilka miesięcy później poinformować, że żadnej współpracy nie będzie. Samo biuro podróży Alfa Star przez długie lata było sponsorem siatkarskiej PlusLigi, choć, ze względu na kontakty Strzylaka w świecie siatkówki, na bardzo preferencyjnych warunkach.

Dodać trzeba koniecznie, że, zanim ogłoszona została niewypłacalność biura podróży Alfa Star, Sylwester Strzylak oraz jego siostra, Izabela Strzylak sprzedali wszystkie udziały znajdujące się w ich posiadaniu przedsiębiorcom z Egiptu. Jeszcze wcześniej swoich akcji pozbyła się Barbara Balcerek-Pogoda, członkini rady nadzorczej spółki. Potwierdza to tylko tezę, że prezes Strzylak wcześniej miał wiedzę o spodziewanym bankructwie spółki. Po ogłoszeniu problemów finansowych Alfa Star stracił w notowaniach o 97%, a transakcje giełdowe związane ze spółką zostały zawieszone. Stracili wszyscy mniejsi udziałowcy, zaś kłopotów finansowych uniknęło rodzeństwo Strzylaków oraz Barbara Balcerek-Pogoda.

Spółce nie pomógł zastrzyk egipskiej gotówki, która w związku z przejęciem firmy trafiła na konta Alfa Star. Ostatecznie, udziałowcy z Egiptu nie zdecydowali się dalej wspierać polskiego przedsiębiorstwa.

Dopiero po upadku firmy okazało się, że Alfa Star już na wiele miesięcy wcześniej zmagało się z problemami finansowymi i walczyło z brakiem płynności finansowej, a mimo to ryzykowało dobrem swoich klientów i wysyłało ich na zagraniczne eskapady. Odkryto także, że współpraca Alfa Star i spółki Travco Group, która problematyczne udziały od Strzylaka kupiła, sięgała wielu lat wstecz i to ona przyczyniła się w duże mierze do powstania sporych długów polskiego biura podróży u egipskiego kontrahenta. Przejęcie spółki miało być więc formą spłaty zaległości.

Te wszystkie problemy sprawiły, że wielu polskich turystów miało kłopoty z zakwaterowaniem na wyjeździe oraz z powrotem do kraju. Alfa Star nie mogło porozumieć się z egipskim partnerem, a – zalegając finansowo za opłacenie miejsc hotelowych w należących do Travco Group obiektach – nie mogła wynegocjować odpowiednich warunków dla swoich klientów. Z tego, o czym nie wiedzieli klienci, doskonale zdawało sobie sprawę rodzeństwo Strzylaków, które nie tylko odsprzedało udziały Alfa Star, ale wykonało także istotne transakcje giełdowe.

Wiele wątpliwości wzbudza kupno przez Travco Gropu upadającej polskiej firmy. Egipskie przedsiębiorstwo obsługuje milion turystów rocznie, posiada hotele nie tylko w Afryce, ale także Europie i Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Obsługuje także pojazdy turystyczne i statki turystyczne na Nilu.

Trudno zatem uwierzyć, żeby firma wydała 15 milionów złotych, jak głoszą oficjalne dokumenty, w firmę, która od początku miała upaść. Być może zatem przedsiębiorstwo chciało utrzymać Alfa Star przy życiu, tym bardziej, że wymieniono całą radę nadzorczą oraz zarząd, prócz Sylwestra Strzylaka. Najprawdopodobniej firmę pogrążył konflikt między Strzylakiem, który nie chciał oddać władzy, a nowymi właścicielami spółki.

Optimus – przedsiębiorstwo ofiarą systemu

Optimus to przykład jednej z firm, które, radząc sobie na rynku znakomicie, upadły wskutek urzędniczych interwencji. Nikt nie przeczuwał zagrożenia, do czasu aż w 2002 roku do domu właściciela przedsiębiorstwa, Romana Kluski, zapukało CBŚ. Przedsiębiorca przewieziony został do krakowskiego aresztu, gdzie usłyszał zarzuty oszustw podatkowo-celnych na kwotę prawie 8,5 milionów złotych. Obliczono także zaległości podatkowe firmy Optimus na wartość prawie 16,5 milionów złotych.

Samego Kluski sprawa dotyczyła w mniejszym stopniu. Kilka lat wcześniej odsprzedał swoje udziały w Optimusie, a sam zajął się prowadzeniem wydawnictwa i produkcją zdrowej żywności. Optimus jednak miał poważne problemy. Wyniki firmy pogorszyły się mocno, a konieczność uiszczenia wszelkich zaległości wraz z karami z całą pewnością oznaczała bankructwo.

Główny problem, jakiemu musiał stawić czoła Kluska i Optimus, polegał na kontrakcie, jaki firma podpisała z Ministerstwem Edukacji Narodowej na lata 1998-2000. Przedmiotem umowy było dostarczenie komputerów do szkół. Kłopot związany był z faktu, że komputery importowane zwolnione były z konieczności opłacenia cła i VAT-u, wówczas 22-procentowego. Komputerów krajowych to nie dotyczyło, co automatycznie podwyższało ich cenę, nawet o 30%. Optimus, za zgodą Ministerstwa Edukacji Narodowej i wcale nie osamotniony, bo postępowało tak wiele firm, eksportował swoje produkty na Słowację, a następnie sprowadzał je do Polski bez konieczności uiszczania podatków. O te właśnie niezapłacone podatki upomniał się urząd skarbowy, twierdząc, że Optimus dokonał wyłudzenia. Firma broniła się, że było to jedynie wykorzystanie istniejącej luki prawnej.

Podobnych spraw było wiele, ale to Roman Kluska i Optimus przykuł uwagę mediów i opinii publicznej. Kluska pokazał, w jaki sposób można zrealizować mit „od pucybuta do milionera”. Przedsiębiorstwa od pracy czysto chałupniczej i składania komputerów w garażu w krótkim czasie przeszedł do funkcji prezesa ogromnej firmy i właściciela jednej z 10 największych montowni takiego sprzętu w Europie. Optimus nie był jedynym jego dzieckiem. Po spotkaniu z samym Billem Gatesem stworzył Onet.pl – wówczas największy polski serwis internetowy. Gdy w 2000 roku trafił na listę najbogatszych Polaków, zdecydował sprzedać zarówno Optimusa, jak i Onet. Nie uzasadniał wówczas szczegółowo swojej decyzji, wskazał jednak, że został ostrzeżony przed wrogiem, chcącym zniszczyć jego firmę.

Jak pokazała dalsza historia, niewiele to pomogło. Zarzuty względem Kluski podtrzymało Ministerstwo Finansów, a dzień po zatrzymaniu Romana Kluski wojsko skonfiskowało jego samochody. Co ciekawe, wkrótce Urząd Skarbowy umorzył zaległości podatkowe, w jakie uwikłany był Optimus, zapewniając spokój nowym właścicielom, ale nie Klusce. Aby jakkolwiek zadziałać w tej absurdalnej sytuacji, Kluska doniósł sam na siebie, informując prokuraturę, że umorzenie podatkowych zaległości Optimusowi jest przestępstwem, aby sprawa mogła trafić do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Ten z kolei jednoznacznie orzekł, że organy skarbowe złamały prawo, bo nie istniał przepis, który – zdaniem urzędników – obszedł Optimus. Wykorzystywanie luk prawnych nie jest zaś łamaniem prawa.

Po decyzji Naczelnego Sądu Administracyjnego pracę straciły dwie osoby z Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie, która sprawę Kluski badała. Na tym jednak zakończono kwestie odpowiedzialności, uznając, że nikt nie chciał zniszczyć Optimusa. Sam Kluska podejrzewał o to działanie WSI, jednak jego sugestie nie znalazły żadnego potwierdzenia w rzeczywistości.